Witajcie kochani!
Ja wiem, że mamy dopiero połowę lutego ale gdy trafi się taki dzień jak dziś trudno nie myśleć o wiośnie. Od rana świeciło piękne słońce.
Ptaki śpiewały i powiewał lekki ale wcale nie zimny wiaterek. Postanowiłam sprawdzić co się dzieje w ogrodzie. Nie wiem czy się martwić czy cieszyć ale rośliny zachowują się tak, jakby zimy już być nie miało. Przede wszystkim krokusy - w różnych zakątkach śmiało powychodziły z ziemi a w środeczku niektórych rozet widać już czubeczki pączków kwiatowych.
Tulipany też już są na powierzchni, niektóre całkiem spore.
Młode, zielone listeczki wypatrzyłam w kępkach firletek
i orlików.
A tak wyglądają kępy maków ogrodowych:
Pękają pąki piwonii drzewiastej:
Obiecująco wyglądają różaneczniki i azalie.
I gałązka bzu:
Leszczyna Contorta obsypana jest kotkami,
ale i na niej pojawiły się już młode listki.
Kępy traw szumią na wietrze a iglaczki robią się coraz bardziej zielone.
Myślicie, że to rzeczywiście wiosna się zaczyna? Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, mielibyśmy wspaniały i bardzo długi sezon.
Na koniec coś specjalnie na prośbę Aniki. W poprzednim poście (tu) opisałam historię naszej sosny himalajskiej. Brakowało mi jednak zdjęć z ubiegłego roku więc dziś to nadrabiam.
Jak widzicie, sosna ma już ładną, prawie kulistą koronę a tuje odbudowują utracone boki.
Dla Ciebie Aniko zdjęcia pnia i kory tej sosenki.
Pozdrawiam Was ciepło i wiosennie!
Szukaj na tym blogu
niedziela, 14 lutego 2016
wtorek, 2 lutego 2016
O pewnej sośnie
Witajcie kochani!
To było pierwsze drzewo posadzone w naszym ogrodzie. Był rok 2005, ogród świecił pustkami, powoli tworzyliśmy pierwsze rabaty. Oczami wyobraźni widziałam ogromne i dorodne rośliny - krzewy i drzewa sięgające nieba.
Zobaczyliśmy ją w pewnym centrum ogrodniczym i od razu skradła nasze serca.
Ta czarująca roślina to sosna himalajska. Sadzonka była dość duża, miała około 1m wysokości i była ładnie ukorzeniona. Zachwyciły mnie jej bardzo długie i o dziwo - miękkie igły układające się na kształt parasolek. To była pokusa nie do odrzucenia, sosenka wróciła z nami do domu.
Jak wskazuje nazwa w stanie naturalnym ta odmiana rośnie w Himalajach i osiąga do 50 metrów wysokości. W naszych ogrodach jednak nie powinna przekroczyć 15 m i to w sprzyjających warunkach. Jej tempo wzrostu jest średnie, po 10 latach powinna mieć około 3m. Czemu o tym wspominam? Mając na uwadze podstawowe wiadomości na temat jej uprawy szukałam odpowiedniego stanowiska w ogrodzie. Wybór padł na rabatę w samym centrum ogrodu. Rabata ta jest w kształcie półkoła o średnicy około 5m. Pomyślałam, że nawet jak drzewo mocno się rozrośnie to spokojnie się zmieści w obrębie grządki.
Po przygotowaniu stanowiska odbyło się rodzinne sadzenie pierwszego drzewa.
Niewiele mam zdjęć z tamtego okresu a te które są mają marną jakość ale zawsze to jakaś pamiątka.
Sosenka zajęła jak widzicie niewielką część rabatki i wyglądała bardzo samotnie więc po obu jej stronach posadziliśmy jeszcze niewielkie tuje, sadzonki własne. Ich żółto wybarwiające się igiełki ładnie kontrastowały z lekko szarą zielenią sosny. Przeczytałam też, że ten gatunek sosny wykazuje niepełną mrozoodporność, lubi stanowiska słoneczne ale osłonięte od wiatru. Martwiłam się więc czy nasza sadzonka nie przemarznie na odkrytym stanowisku. Nic takiego jednak się nie stało.
Drzewko pięknie się przyjęło i systematycznie nabierało objętości. Po trzech latach było już wysokie na ponad 2 m. Zdjęcia poniżej zrobiłam w maju 2008 roku.
Nie mogłam się nadziwić, że tak szybko rośnie! Przecież dopiero po 10 latach miało osiągnąć 3 m.
Na końcach gałązek pojawiały się wciąż nowe miotełki a sosenka pęczniała z każdym miesiącem.
Lipiec 2008:
Widok z drugiej strony:
Końcem lata 2008 roku dolne gałęzie sosny zajmowały już całą szerokość rabaty.
Wiosną 2009 roku przyrostów było już o wiele więcej.
Zaczął się też zmieniać pokrój rośliny - coraz wolniej wzrastała do góry a coraz szybciej wszerz, sąsiadujące z nią tuje zaczęły ją doganiać.
Lipiec 2009:
Rok 2010 - tuje zaczęły się przytulać do sosenki - a może odwrotnie?
Przestało mi się to podobać, już wtedy wiedziałam że ten trójkąt nic dobrego nie wróży. Dolne gałęzie sosny były coraz dłuższe, pokładały się po ziemi. Biedne tujki w miejscach "przytulenia" zaczęły brązowieć i tracić igły, w tych samych miejscach gałęzie sosny jakby dziczały. Przyszedł czas na poważne decyzje - trzeba ciąć. Nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać. Było już jasne, że roślina nadal będzie się rozrastać na boki i nie ma mowy o uformowaniu z niej stożka. Usunąć te piękne tuje? Mowy nie ma! Znalazłam inne rozwiązanie. Pomimo ostrych protestów męża postanowiłam usunąć dolne piętro sosny a całą resztę stopniowo korygować na kształt ogromnej kuli. Ryzykowne przedsięwzięcie ale innego pomysłu nie miałam. Więc stało się...
W pierwszej chwili o mało się nie popłakałam! To jedno, najniższe piętro to było 2/3 rośliny. W dodatku okazało się, że sosenka ma krzywy pień. Założyliśmy naciąg ale niewiele pomógł.
Pozostało tylko zająć się koroną i odpowiednim cięciem spowodować jej zagęszczenie. Staram się ją przycinać tak, żeby wizualnie zminimalizować krzywiznę. Przycinam krócej gałęzie po stronie w którą roślina jest pochylona.
Rok 2011:
Rok 2014:
Teraz kompozycja wygląda już dość dobrze. Korona tworzy zwartą, gęstą kulę. Opuściłam też nieco dolne gałęzie, co skutecznie ukryło część krzywego pnia. Cięcie przeprowadzamy raz w roku. To prawdziwe wyzwanie - wysoka drabina i długie nożyce. Cieszę się jednak, że roślina nie ucierpiała i wyraźnie polubiła swój nowy kształt. No i tuje uratowałam!
Chciałam Wam na koniec pokazać jak sosenka wyglądała w ostatnim sezonie ale znalazłam tylko jedno zdjęcie na którym widać kawałek dolnej części korony.
Może moje skromne doświadczenia pomogą komuś podjąć trudne, ogrodowe decyzje - wszyscy uczymy się na błędach.
Dziękuję za odwiedziny i serdecznie pozdrawiam.
To było pierwsze drzewo posadzone w naszym ogrodzie. Był rok 2005, ogród świecił pustkami, powoli tworzyliśmy pierwsze rabaty. Oczami wyobraźni widziałam ogromne i dorodne rośliny - krzewy i drzewa sięgające nieba.
Zobaczyliśmy ją w pewnym centrum ogrodniczym i od razu skradła nasze serca.
Ta czarująca roślina to sosna himalajska. Sadzonka była dość duża, miała około 1m wysokości i była ładnie ukorzeniona. Zachwyciły mnie jej bardzo długie i o dziwo - miękkie igły układające się na kształt parasolek. To była pokusa nie do odrzucenia, sosenka wróciła z nami do domu.
Jak wskazuje nazwa w stanie naturalnym ta odmiana rośnie w Himalajach i osiąga do 50 metrów wysokości. W naszych ogrodach jednak nie powinna przekroczyć 15 m i to w sprzyjających warunkach. Jej tempo wzrostu jest średnie, po 10 latach powinna mieć około 3m. Czemu o tym wspominam? Mając na uwadze podstawowe wiadomości na temat jej uprawy szukałam odpowiedniego stanowiska w ogrodzie. Wybór padł na rabatę w samym centrum ogrodu. Rabata ta jest w kształcie półkoła o średnicy około 5m. Pomyślałam, że nawet jak drzewo mocno się rozrośnie to spokojnie się zmieści w obrębie grządki.
Po przygotowaniu stanowiska odbyło się rodzinne sadzenie pierwszego drzewa.
Niewiele mam zdjęć z tamtego okresu a te które są mają marną jakość ale zawsze to jakaś pamiątka.
Sosenka zajęła jak widzicie niewielką część rabatki i wyglądała bardzo samotnie więc po obu jej stronach posadziliśmy jeszcze niewielkie tuje, sadzonki własne. Ich żółto wybarwiające się igiełki ładnie kontrastowały z lekko szarą zielenią sosny. Przeczytałam też, że ten gatunek sosny wykazuje niepełną mrozoodporność, lubi stanowiska słoneczne ale osłonięte od wiatru. Martwiłam się więc czy nasza sadzonka nie przemarznie na odkrytym stanowisku. Nic takiego jednak się nie stało.
Drzewko pięknie się przyjęło i systematycznie nabierało objętości. Po trzech latach było już wysokie na ponad 2 m. Zdjęcia poniżej zrobiłam w maju 2008 roku.
Nie mogłam się nadziwić, że tak szybko rośnie! Przecież dopiero po 10 latach miało osiągnąć 3 m.
Na końcach gałązek pojawiały się wciąż nowe miotełki a sosenka pęczniała z każdym miesiącem.
Lipiec 2008:
Widok z drugiej strony:
Końcem lata 2008 roku dolne gałęzie sosny zajmowały już całą szerokość rabaty.
Wiosną 2009 roku przyrostów było już o wiele więcej.
Zaczął się też zmieniać pokrój rośliny - coraz wolniej wzrastała do góry a coraz szybciej wszerz, sąsiadujące z nią tuje zaczęły ją doganiać.
Lipiec 2009:
Rok 2010 - tuje zaczęły się przytulać do sosenki - a może odwrotnie?
Przestało mi się to podobać, już wtedy wiedziałam że ten trójkąt nic dobrego nie wróży. Dolne gałęzie sosny były coraz dłuższe, pokładały się po ziemi. Biedne tujki w miejscach "przytulenia" zaczęły brązowieć i tracić igły, w tych samych miejscach gałęzie sosny jakby dziczały. Przyszedł czas na poważne decyzje - trzeba ciąć. Nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać. Było już jasne, że roślina nadal będzie się rozrastać na boki i nie ma mowy o uformowaniu z niej stożka. Usunąć te piękne tuje? Mowy nie ma! Znalazłam inne rozwiązanie. Pomimo ostrych protestów męża postanowiłam usunąć dolne piętro sosny a całą resztę stopniowo korygować na kształt ogromnej kuli. Ryzykowne przedsięwzięcie ale innego pomysłu nie miałam. Więc stało się...
W pierwszej chwili o mało się nie popłakałam! To jedno, najniższe piętro to było 2/3 rośliny. W dodatku okazało się, że sosenka ma krzywy pień. Założyliśmy naciąg ale niewiele pomógł.
Pozostało tylko zająć się koroną i odpowiednim cięciem spowodować jej zagęszczenie. Staram się ją przycinać tak, żeby wizualnie zminimalizować krzywiznę. Przycinam krócej gałęzie po stronie w którą roślina jest pochylona.
Rok 2011:
Rok 2014:
Teraz kompozycja wygląda już dość dobrze. Korona tworzy zwartą, gęstą kulę. Opuściłam też nieco dolne gałęzie, co skutecznie ukryło część krzywego pnia. Cięcie przeprowadzamy raz w roku. To prawdziwe wyzwanie - wysoka drabina i długie nożyce. Cieszę się jednak, że roślina nie ucierpiała i wyraźnie polubiła swój nowy kształt. No i tuje uratowałam!
Chciałam Wam na koniec pokazać jak sosenka wyglądała w ostatnim sezonie ale znalazłam tylko jedno zdjęcie na którym widać kawałek dolnej części korony.
Może moje skromne doświadczenia pomogą komuś podjąć trudne, ogrodowe decyzje - wszyscy uczymy się na błędach.
Dziękuję za odwiedziny i serdecznie pozdrawiam.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Formować czy nie formować - część 3
Witajcie kochani.
Kontynuując temat formowania i cięcia roślin w ogrodzie dziś kilka słów na temat tawuł.
Pierwsze tawuły pojawiły się w naszym ogrodzie w kwietniu 2009 roku. Udało nam się wtedy uformować azaliowe rabaty przed tarasem i skarpy przy tarasie. Pojechaliśmy więc na zakupy i zaczęły się nasadzenia. Oprócz azalii i różaneczników nabyliśmy też kilka odmian tawuł do obsadzenia skarp.
To zdjęcie zrobione pod koniec kwietnia 2009 roku, tuż po nasadzeniach. Po obu stronach schodów, symetrycznie posadziłam po cztery sadzonki tawuł - każda innej odmiany.
Patrząc od góry tarasu:
Wtedy skarpy wydawały mi się bardzo puste a sadzonki takie małe! To oczywiście nie był dobry pomysł. Tawuły szybko rosły i już po dwóch latach musiałam wykopać po dwie z każdej strony. Docelowo pozostały - od góry tawuła szara i od dołu Golden Princess.
Szybciutko zaczęłam też robić sadzonki. Zewnętrzna strona skarp ograniczona jest gazonami. W najwyższym gazonie posadziłam sadzonkę zrobioną z tawuły szarej, w niższych gazonach z Golden Princess. Powyższe zdjęcie zrobione jest tuż po cięciu. Wiele osób mnie pyta jak ciąć tawułę szarą. Ta odmiana właściwie nie wymaga cięcia. Ma śliczny, fontannowy pokrój. Ja jednak podcinam ją od dołu a raz na dwa lata zaokrąglam koronę. Dzięki temu gałązki nie leżą na kamieniu tarasowym a młode pędy ładniej się przewieszają na wszystkie strony. Tak wyglądają w okresie kwitnienia:
Pozostałe trzy odmiany formuję na kształt kuli.
Pierwsze cięcie przeprowadzam wiosną, tuż po przekwitnięciu. Tak przycięta roślina wypuszcza młode pędy i zazwyczaj końcem lata zakwita ponownie. Nie ukrywam - próbowałam przycinać tawuły na różne sposoby, jednak bez powodzenia. Roślina rozrasta się bardzo szybko i utrzymanie konkretnej formy wymagałoby nieustannego cięcia i rezygnacji z kwiatów. Po drugim kwitnieniu, końcem lata przycinam tawuły po raz drugi i ostatni. Jeżeli komuś zależy na krzewie okazałym i dużym może ograniczyć cięcie do usuwania pędów z suchymi kwiatostanami. Teraz kilka zdjęć kwitnących tawuł.
W jednym miejscu ogrodu obsadziłam tawułami formowany żywotnik (o nim w kolejnym poście). Powstała w ten sposób urocza, kontrastowa kompozycja.
Po przekwitnięciu tawuły przycinam jak każdy żywopłot.
Taka regularna forma nie utrzymuje się jednak zbyt długo, roślina szybko wypuszcza kolejne pędy.
Na koniec kilka słów o jeszcze jednej odmianie - tawule van Houtte'a. Przypomina nieco tawułę szarą i pewnie dlatego zdecydowaliśmy się na jej zakup. Niestety ta odmiana nie skradła mojego serca. Wygląda pięknie tylko w okresie kwitnienia.
Później nie wygląda już tak ozdobnie. Ma nieciekawy pokrój i rozrasta się bardzo chaotycznie. Wymaga bardzo radykalnego cięcia. Nie przycięte gałęzie szybko drewnieją a młode pędy pojawiają się na końcach starych. Wygląda to jakby roślina szybko się starzała. Przycinam ją więc króciutko po kwitnieniu zagęszczając tym samym jej koronę. Skoro już rośnie...
Serdecznie pozdrawiam!
Kontynuując temat formowania i cięcia roślin w ogrodzie dziś kilka słów na temat tawuł.
Pierwsze tawuły pojawiły się w naszym ogrodzie w kwietniu 2009 roku. Udało nam się wtedy uformować azaliowe rabaty przed tarasem i skarpy przy tarasie. Pojechaliśmy więc na zakupy i zaczęły się nasadzenia. Oprócz azalii i różaneczników nabyliśmy też kilka odmian tawuł do obsadzenia skarp.
To zdjęcie zrobione pod koniec kwietnia 2009 roku, tuż po nasadzeniach. Po obu stronach schodów, symetrycznie posadziłam po cztery sadzonki tawuł - każda innej odmiany.
Patrząc od góry tarasu:
Wtedy skarpy wydawały mi się bardzo puste a sadzonki takie małe! To oczywiście nie był dobry pomysł. Tawuły szybko rosły i już po dwóch latach musiałam wykopać po dwie z każdej strony. Docelowo pozostały - od góry tawuła szara i od dołu Golden Princess.
Szybciutko zaczęłam też robić sadzonki. Zewnętrzna strona skarp ograniczona jest gazonami. W najwyższym gazonie posadziłam sadzonkę zrobioną z tawuły szarej, w niższych gazonach z Golden Princess. Powyższe zdjęcie zrobione jest tuż po cięciu. Wiele osób mnie pyta jak ciąć tawułę szarą. Ta odmiana właściwie nie wymaga cięcia. Ma śliczny, fontannowy pokrój. Ja jednak podcinam ją od dołu a raz na dwa lata zaokrąglam koronę. Dzięki temu gałązki nie leżą na kamieniu tarasowym a młode pędy ładniej się przewieszają na wszystkie strony. Tak wyglądają w okresie kwitnienia:
Pozostałe trzy odmiany formuję na kształt kuli.
Pierwsze cięcie przeprowadzam wiosną, tuż po przekwitnięciu. Tak przycięta roślina wypuszcza młode pędy i zazwyczaj końcem lata zakwita ponownie. Nie ukrywam - próbowałam przycinać tawuły na różne sposoby, jednak bez powodzenia. Roślina rozrasta się bardzo szybko i utrzymanie konkretnej formy wymagałoby nieustannego cięcia i rezygnacji z kwiatów. Po drugim kwitnieniu, końcem lata przycinam tawuły po raz drugi i ostatni. Jeżeli komuś zależy na krzewie okazałym i dużym może ograniczyć cięcie do usuwania pędów z suchymi kwiatostanami. Teraz kilka zdjęć kwitnących tawuł.
W jednym miejscu ogrodu obsadziłam tawułami formowany żywotnik (o nim w kolejnym poście). Powstała w ten sposób urocza, kontrastowa kompozycja.
Po przekwitnięciu tawuły przycinam jak każdy żywopłot.
Taka regularna forma nie utrzymuje się jednak zbyt długo, roślina szybko wypuszcza kolejne pędy.
Na koniec kilka słów o jeszcze jednej odmianie - tawule van Houtte'a. Przypomina nieco tawułę szarą i pewnie dlatego zdecydowaliśmy się na jej zakup. Niestety ta odmiana nie skradła mojego serca. Wygląda pięknie tylko w okresie kwitnienia.
Później nie wygląda już tak ozdobnie. Ma nieciekawy pokrój i rozrasta się bardzo chaotycznie. Wymaga bardzo radykalnego cięcia. Nie przycięte gałęzie szybko drewnieją a młode pędy pojawiają się na końcach starych. Wygląda to jakby roślina szybko się starzała. Przycinam ją więc króciutko po kwitnieniu zagęszczając tym samym jej koronę. Skoro już rośnie...
Serdecznie pozdrawiam!
niedziela, 17 stycznia 2016
Formować czy nie formować - część 2
Serdecznie witam wszystkich odwiedzających mój ogród.
Ostatnim postem rozpoczęłam krótki cykl dotyczący formowania i cięcia roślin w ogrodzie. Opisuję tu wyłącznie moje własne doświadczenia i metody wypracowane przez ponad 10 lat pracy w ogrodzie. Poprzednio pisałam o roślinach, które wykorzystałam do stworzenia obwódek wokół rabat. To alternatywa dla płotków czy kamiennych murków. Dziś o kilku kolejnych roślinach.
Dereń biały to pospolita i dobrze znana roślina.
Ma ozdobne biało-zielone liście i przeurocze kwiaty. Zimą pędy derenia wybarwiają się na czerwono co sprawia, że uroczo kontrastują z bielą śniegu.
O jej uprawie można przeczytać na wielu internetowych stronach więc o tym pisać nie będę, chcę zwrócić uwagę na kilka praktycznych szczegółów.
Krzew dorasta do 3m wysokości. Rośnie dość szybko i szybko choć nieco chaotycznie się rozkrzewia.
Przez pierwsze cztery lata nie cięłam go wcale. Cieszyło mnie, że roślina jest coraz bardziej okazała. W piątym roku jednak postanowiłam go nieco skorygować i odmłodzić. Zauważyłam, że wiele gałęzi leży bezpośrednio na ściółce. Nasz dereń rośnie na rabacie wyściółkowanej korą - kora rozsypana jest na agrowłókninie. Nie chroni to jednak w 100 procentach przed chwastami. Takie rabaty też czasem trzeba oplewić, uzupełnić ściółkę czy rozsypać nawóz. Postanowiłam więc usunąć dolne gałęzie. Byłam ogromnie zaskoczona odkryciem - leżące gałęzie ukorzeniły się jak odkłady. Co więcej, korzenie sięgały już bardzo głęboko, przebiły się przez warstwę ściółki i agrowłókninę. O ile pamiętam wykopałam wtedy 10 dorodnych sadzonek. Gdybym wtedy tego nie zauważyła mielibyśmy dziś prawdziwy dereniowy zagajnik. Od tej pory systematycznie pilnuję, żeby gałęzie derenia nie dotykały podłoża. Wszystkich sadzonek nie wykorzystałam. Jedną wsadziłam przed domem, dziś ma już ponad dwa metry wysokości. Trzy kolejne wsadziłam do dużych donic i postanowiłam spróbować poprowadzić je na wzór roślin szczepionych na wysokim pędzie. Wyprowadziłam po jednym przewodniku i przywiązałam je do sztywnych podpórek. Systematycznie usuwałam wszystkie boczne pędy i przycinałam te, które miały stworzyć koronę. Po trzech latach takiego formowania drzewka przesadziłam na rabatkę.
Można powiedzieć, że eksperyment się udał. Nie jestem tylko pewna czy wyprowadzone jako pień pędy kiedyś zmężnieją na tyle by można usunąć podpory. Młode derenie nadal uparcie wypuszczają boczne pędy więc muszę systematycznie je usuwać. Również ich korony wymagają częstego przycinania.
Jeśli zwrócicie uwagę na pierwsze z prawej strony drzewko to zauważycie jeszcze jeden efekt - tutaj wyprowadziłam dwa przewodniki i skręciłam je ze sobą jak spiralkę. Dzięki temu cała roślina jest znacznie stabilniejsza. To była pierwsza moja taka próba, jak widać roślinie zupełnie to nie przeszkadza.
Czy warto było? Oczywiście, że tak. To dowód na to, że nie koniecznie po każdą oryginalną roślinę musimy gnać do sklepu.
Innym przykładem taniego pomysłu jest wykorzystanie najzwyklejszego ligustru. Rośnie dosłownie wszędzie więc zdobycie gałązek nie stanowi żadnego problemu. Gałązki ukorzeniają się bezproblemowo i bardzo szybko. Mam w ogrodzie kilka ligustrowych dużych kul, które z daleka wyglądają jak bukszpany. Dziś jednak pokażę Wam niewielki, ligustrowy żywopłocik wokół robinii.
Robinia akacjowa to piękne drzewo o uroczych, pachnących kwiatach. Nie wiedziałam jednak, że to również bardzo "żarłoczne" drzewo, w jego pobliżu nie chciały rosnąć żadne rośliny. Ligustr rośnie bez problemu. Trzeba go oczywiście dość często ciąć - trzy do czterech razy w sezonie.
Myślę, że przy odrobinie wysiłku można z ligustru uzyskać dowolny, ciekawy kształt - serdecznie polecam.
Na dziś to wszystko, wkrótce ciąg dalszy.
Dziękuję za odwiedziny i serdecznie pozdrawiam.
Ostatnim postem rozpoczęłam krótki cykl dotyczący formowania i cięcia roślin w ogrodzie. Opisuję tu wyłącznie moje własne doświadczenia i metody wypracowane przez ponad 10 lat pracy w ogrodzie. Poprzednio pisałam o roślinach, które wykorzystałam do stworzenia obwódek wokół rabat. To alternatywa dla płotków czy kamiennych murków. Dziś o kilku kolejnych roślinach.
Dereń biały to pospolita i dobrze znana roślina.
Ma ozdobne biało-zielone liście i przeurocze kwiaty. Zimą pędy derenia wybarwiają się na czerwono co sprawia, że uroczo kontrastują z bielą śniegu.
O jej uprawie można przeczytać na wielu internetowych stronach więc o tym pisać nie będę, chcę zwrócić uwagę na kilka praktycznych szczegółów.
Krzew dorasta do 3m wysokości. Rośnie dość szybko i szybko choć nieco chaotycznie się rozkrzewia.
Przez pierwsze cztery lata nie cięłam go wcale. Cieszyło mnie, że roślina jest coraz bardziej okazała. W piątym roku jednak postanowiłam go nieco skorygować i odmłodzić. Zauważyłam, że wiele gałęzi leży bezpośrednio na ściółce. Nasz dereń rośnie na rabacie wyściółkowanej korą - kora rozsypana jest na agrowłókninie. Nie chroni to jednak w 100 procentach przed chwastami. Takie rabaty też czasem trzeba oplewić, uzupełnić ściółkę czy rozsypać nawóz. Postanowiłam więc usunąć dolne gałęzie. Byłam ogromnie zaskoczona odkryciem - leżące gałęzie ukorzeniły się jak odkłady. Co więcej, korzenie sięgały już bardzo głęboko, przebiły się przez warstwę ściółki i agrowłókninę. O ile pamiętam wykopałam wtedy 10 dorodnych sadzonek. Gdybym wtedy tego nie zauważyła mielibyśmy dziś prawdziwy dereniowy zagajnik. Od tej pory systematycznie pilnuję, żeby gałęzie derenia nie dotykały podłoża. Wszystkich sadzonek nie wykorzystałam. Jedną wsadziłam przed domem, dziś ma już ponad dwa metry wysokości. Trzy kolejne wsadziłam do dużych donic i postanowiłam spróbować poprowadzić je na wzór roślin szczepionych na wysokim pędzie. Wyprowadziłam po jednym przewodniku i przywiązałam je do sztywnych podpórek. Systematycznie usuwałam wszystkie boczne pędy i przycinałam te, które miały stworzyć koronę. Po trzech latach takiego formowania drzewka przesadziłam na rabatkę.
Można powiedzieć, że eksperyment się udał. Nie jestem tylko pewna czy wyprowadzone jako pień pędy kiedyś zmężnieją na tyle by można usunąć podpory. Młode derenie nadal uparcie wypuszczają boczne pędy więc muszę systematycznie je usuwać. Również ich korony wymagają częstego przycinania.
Jeśli zwrócicie uwagę na pierwsze z prawej strony drzewko to zauważycie jeszcze jeden efekt - tutaj wyprowadziłam dwa przewodniki i skręciłam je ze sobą jak spiralkę. Dzięki temu cała roślina jest znacznie stabilniejsza. To była pierwsza moja taka próba, jak widać roślinie zupełnie to nie przeszkadza.
Czy warto było? Oczywiście, że tak. To dowód na to, że nie koniecznie po każdą oryginalną roślinę musimy gnać do sklepu.
Innym przykładem taniego pomysłu jest wykorzystanie najzwyklejszego ligustru. Rośnie dosłownie wszędzie więc zdobycie gałązek nie stanowi żadnego problemu. Gałązki ukorzeniają się bezproblemowo i bardzo szybko. Mam w ogrodzie kilka ligustrowych dużych kul, które z daleka wyglądają jak bukszpany. Dziś jednak pokażę Wam niewielki, ligustrowy żywopłocik wokół robinii.
Robinia akacjowa to piękne drzewo o uroczych, pachnących kwiatach. Nie wiedziałam jednak, że to również bardzo "żarłoczne" drzewo, w jego pobliżu nie chciały rosnąć żadne rośliny. Ligustr rośnie bez problemu. Trzeba go oczywiście dość często ciąć - trzy do czterech razy w sezonie.
Myślę, że przy odrobinie wysiłku można z ligustru uzyskać dowolny, ciekawy kształt - serdecznie polecam.
Na dziś to wszystko, wkrótce ciąg dalszy.
Dziękuję za odwiedziny i serdecznie pozdrawiam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























































